Dariusz.Staropietka.com » MDWS   RSS Feed

Burza idzie

Pisałem już na blogu, że jestem uczestnikiem sporu sądowego. Z własnej inicjatywy, bo firma odpowiedzialna za sprzątanie ścieżek rowerowych w Gdyni, któregoś dnia w 2014 roku postanowiła mieć w dupie sprzątanie. Dwa dni po terminie, w jakim miało mieć miejsce sprzątanie, uległem wypadkowi. Może się wydawać, że to nic, że to tylko obojczyk. Ta sprawa zabrała mi jednak dwa lata życia.

Jak dotychczas (a bywało mi kilka razy naprawdę tak chujowo, jak nikomu innemu) to był najgorszy czas w moim życiu. Spędzony na prochach, na wbijaniu z bólu zębów w biurko. Ja cierpiałem, a firma sprzątająca i ubezpieczyciel mieli niezły ubaw. Oczywiście wypadek sam w sobie nie jest niczym niezwykłym. Może zdarzyć się każdemu, ale jeśli nie jest zbyt poważny, wypełnia się druk szkody do ubezpieczyciela, a ten wypłaca odszkodowanie. W jakiejś tam kwocie. Na zaspokojenie żądania ma 30 dni, ale jeśli sprawa jest skomplikowana, albo wymaga dodatkowych dokumentów, może się przeciągnąć o miesiąc.



Na złożony druk szkody PZU odpowiedziało, że Zarząd Dróg i Zieleni w Gdyni nie posiada u nich polisy. Dodali również sami z siebie, że firma sprzątająca również nie. I tak oto znalazłem się w czarnej dupie. Nie dość, że na zwolnieniu chorobowym z 80% uposażenia, to jeszcze teoretycznie bez szansy na zmianę sytuacji.

To, że PZU kłamało, okazało się kilka miesięcy później. Kopię polisy wydostałem z ZDiZ, a kiedy jej skan wysyłałem do PZU, jeden z jej konsultantów nadal utrzymywał, że umowa polisy nie została zawarta. Po wysłaniu skanu przestali twierdzić, ze polisa nie istnieje, ale za to dowiedziałem się, ze nie wypłacą mi żadnych środków, bo... kolor piachu uwieczniony na zdjęciach jest nieprawidłowego koloru... Może miał być różowy? Pytałem, ale nigdy nie otrzymałem żadnej odpowiedzi.

Mimo bólu cały czas walczyłem - słałem pisma, stawiałem twarde żądania, choć jednocześnie albo płakałem z bólu, albo leżałem półprzytomny na tramalowym haju. Doskonale pamiętam swoją głowę włożoną nie raz do sedesu w napadzie nudności po tym leku. Pamiętam spędzone w ten sposób dziesiątki godzin. W skuleniu, w poczuciu jawnej niesprawiedliwości. Że zmieniła mi się motoryka ciała, że z braku aktywności powoli przestawały pracować mięśnie, że myślałem też o tym, żeby skrócić tę mękę - już nawet nie chcę wspominać.

Zdecydowałem się złożyć pozew w sądzie. Takie decyzje nie są dla mnie łatwe, traktuję je jak absolutną ostateczność w momentach, w których rzeczywistość wybudowała wokół mnie mur. Pozostając wyłącznie z pewnością swoich racji, ale bez jakichkolwiek narzędzi perswazji, w tamtych okolicznościach złożenie pozwu wydawało mi się w pełni usprawiedliwione.

O tym, że w pierwszej instancji "przewaliłem" wiedziałem w chwili, kiedy sędzia wezwała mnie do wydrukowania załączników do pozwu, które nagrałem uprzednio na płycie DVD. Powiedziała, że to na wypadek "gdyby sąd w innej instancji miał badać tę sprawę". Było to dość jasne stwierdzenie, przyznam, że wówczas zbladłem.

Nie byłem zaskoczony ogłoszonym przez sędzię Łupinę wyrokiem. Wydaje mi się, że miałem kamienną twarz, czułem, że mi się szczęka zaciska, kiedy słyszałem "merytoryczne podstawy rozstrzygnięcia". Postanowiłem jednak nie robić dramatu. Pomyślałem, że skoro mam prawo do apelacji to w obliczu odczuwanej niesprawiedliwości powinienem z niego skorzystać.

Traf chciał, że posiadam dostęp do specjalnego serwisu, który nazywa się "Portal Apelacji". Jest to witryna dostępna dla każdego obywatela, trzeba najpierw założyć w niej konto, potwierdzić swoją tożsamość, a wówczas - jeśli zdarzy się jakaś "przygoda" z sądem, będzie można śledzić w portalu swoją sprawę (np. dokumenty jakie wpłynęły, czy odsłuchiwać zapisy dźwiękowe z rozpraw). Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że sąd nie nagrał naszego ostatniego spotkania (reszta rozpraw została utrwalona). Na szczęście przed ostatnim wejściem na salę W15 coś mi mówiło "włącz dyktafon, włącz dyktafon, włącz dyktafon". Ponieważ ufam swojej intuicji, wewnętrzne żądanie spełniłem.



Przyznam, że na takie działanie sądu się wkurzyłem. Napisałem skargę do Prezes Sądu Rejonowego. Kiedy nie odpowiedziała mi w przewidzianym w prawie terminie, złożyłem skargę do Prezesa Sądu Okręgowego (którego właśnie odwołano ze stanowiska). Po skardze do "okręgówki" odezwała się Prezes "rejonówki" (zaczęła twierdzić, że brak nagrania to skutek wydanego przez sędzię Łupinę zarządzenia o nienagrywaniu z powodów technicznych), a że udzielone wyjaśnienia nie były satysfakcjonujące, ponowiłem żądania postępowania dyscyplinarnego wobec sędzi, jakie zawarłem w pierwotnej skardze.

Wiceprezes SO nie podzielił podnoszonych przeze mnie zarzutów, choć w temacie braku nagrania z ogłoszenia werdyktu przyznał mi rację i poinformował, że "pouczył" sąd pierwszej instancji o konieczności utrwalania wszystkich posiedzeń. Pisałem do Niego raz jeszcze, bo w międzyczasie okazało się, że rozprawa przed SR odbyła się z nieprawidłowym pełnomocnictwem pozwanego (gdybym nie składał apelacji, to sąd by tego nie zauważył, wyrok by się uprawomocnił i sprawa zostałaby zamieciona pod dywan), ale w końcu uznałem, że skarżenie z różnych przyczyn nie ma większego sensu.

Pointa: dzisiaj odkryłem, że Pan Wiceprezes SO zasiada w składzie orzekającym w sprawie mojej apelacji. Zazgrzytałem zębami.

♗ 2017-10-21 00:10 𓀠 dariusz.staropietka