Dariusz.Staropietka.com » Teksty

Palec między drzwiami EP03

Zadziwiające. Wszystko jakoś się kręci. Nawet mimo nowego prezentera, który już pierwszego dnia zdołał rozwalić kompletnie system emisyjny. Kto go wpuścił na antenę?! Przerwaliśmy nadawanie programu na kilka godzin... Od tego zamieszania Gucio wyłysiał pewnie do reszty... Dobrze, że nie muszę go oglądać na żywo. Zaiste, to istny dramat mieć takiego szefa jak on!

- Aśki już dzisiaj nie będzie – rzucił Grześ, przerywając moje zamyślenie.
- Coś się stało? - zapytałem.
- Nic. Pojechała do ośrodka adopcyjnego, załatwia coś w sprawie Kubusia. Aaaa! A w ogóle dzwoniła jakaś kobieta z hospicjum i pytała, czy mogą zatrzymać wózek po „naszym facecie”. Słuchaj, jadę do studia. Przywieźć ci coś z miasta?
- Nic nie chcę, dzięki. A w sprawie wózka, zadzwoń do Aśki.
- Jasne! - odparł wesoło Grześ, znikając za drzwiami.

Uśmiecham się do siebie. Aśka nie jest jeszcze matką w pełni, a już nazwała „swoją” pociechę. Choć nadała malcowi imię „Kuba” na cześć doktora Burskiego z „Na dobre i na złe” (w którym się pewnie podkochuje), po „akcji biurkowej” całe radio ochrzciło brzdąca mianem „Paprocha”. Wszyscy pytają „jak się ma Paproszek”, „kiedy zamieszkacie razem z Paprochem”, „a kiedy Paproszek pójdzie do przedszkola?”, i tak dalej. Wdzięcznie? Wszystko sprowadza się do...

Przerwałem tok myślowy, bo w drzwiach newsroomu z impetem pojawiła się Aśka. Czerwona na twarzy, z błyszczącymi oczami.

- Dzwoń po policję! - wrzasnęła.
- Zwariowałaś? - zapytałem na powitanie.
- Dzwoń! - jej zdenerwowanie sięgało zenitu. Dopiero po chwili spostrzegłem, że Aśka trzyma w prawej dłoni czyjeś włosy. Zdębiałem.
- Co tym ciągniesz? - zapytałem skonsternowany.
- Ta franca chciała mnie rozjechać! - wyrzuciła z siebie tonem oskarżenia.
- Jaka franca? Kto?
- Patrz! - Aśka była wyraźnie rozgniewana.

Jednym szarpnięciem wyrzuciła włosy, a wraz z nimi chude ciało na środek pokoju. Nie ruszało się.

- Co to jest?! - zapiszczałem.
- A skąd ja mam wiedzieć? Chciała mnie przejechać na przejściu dla pieszych! Dzwoń po policję!
- Na jakim przejściu?! Co ty znowu zrobiłaś?!

Ciało nadal się nie ruszało.

- Szłam przez pasy na parking, a ta franca tak mnie najechała na pasach, że aż się przewróciłam!
- Może deszcz padał i ślisko było?! – zapytałem przezornie.
- Jaki deszcz?! Upał 40 stopni, a ty mi z deszczem wyjeżdżasz! - wrzasnęła Aśka wyraźnie zirytowana – Dzwoń po policję!
- Czekaj! - zreflektowałem się – Ona się nie rusza! Jak ty ją tu zabrałaś? Trzeba sprawdzić, czy oddycha! Nauczyłem się tego w ogólniaku na „przysposobieniu obronnym”.
- Zwariowałeś! Nic się jej nie stało! Ciągnęłam ją tylko za kudły!
- Skąd?!
- Z Waszyngtona.
- Matko Boska! - jęknąłem – Przecież to na końcu miasta!
- Co miałam zrobić?! Jeszcze by mi uciekła! W końcu siedziała w samochodzie!
- Ty mi chyba nie chcesz powiedzieć...
- Tak! Wyciągnęłam ją z samochodu! - Aśka zmarszczyła brwi – Nawet nie stawiała oporu.

Też bym nie stawiał, gdyby ktoś mnie wyciągał za włosy z własnego auta...

- Musiałam się bronić – ciągnęła dalej Aśka – W końcu jako przyszła matka muszę uważać na siebie! Rozjechana matka to już nie jest matka przecież...
- Czekaj! – machnąłem ręką - Sprawdźmy najpierw czy oddycha, a później się zastanowimy co dalej.

Uklęknąłem przy „zwłokach”. Zwłoki miały mokre oczy. Widać działania Aśki były bolesne. Zbliżyłem ucho do ust „ofiary”. W wielu filmach widziałem, że zbliża się lusterko do ust zwłok, żeby sprawdzić, czy oddychają. Nie miałem lusterka, ale za to nadzieję, że usłyszę cokolwiek.

Na oko kobieta mogła mieć sześćdziesiąt parę lat. Agresywny makijaż sprawiał, że wyglądała kuriozalnie. Trochę wysuszona i pomarszczona - jak zerwana dawno temu z drzewa śliwka – miała podkreślone mocno oczy, a na ustach zastygłych w grymasie - grubą warstwę szminki. Wyraźnie nie oddychała.

- Ona nie żyje! - spanikowałem – Trzeba jej zrobić reanimację!
- Mam to w dupie! - zawyrokowała Aśka, odwracając się ostentacyjnie plecami – Dzwoń po policję!

Pamiętałem z „ogólniaka”, że na cztery uciśnięcia mostka należy zrobić jedno „usta-usta”. Zrobiło mi się słabo. Gdy drżącymi rękami rozpiąłem trzy guziki koszuli „ofiary”, ta nagle odzyskała życie.

- Gdzie mnie z tymi łapami! - zachrypiała.

Zimny pot oblał mi plecy. Nawet Aśka spojrzała zaciekawiona. W zażenowaniu cofnąłem dłonie.

- Yyyy – wyjęczałem – Ja nic nie robię!
- Jakie nic?! Pokusa jest dziełem szatana! - fuknęło „ciało” siadając.

Najważniejsze, że żyła. Że też tylko mnie zdarzają się takie chore historie! Aśka zacisnęła usta w złośliwym grymasie.

- Gdzie jest mój beret?! – zasyczało „ciało”, dotykając swoich zmierzwionych włosów.
- Jaki beret? - zapytałem nie rozumiejąc pytania.

„Ciało” usiadło, rozglądając się na wszystkie strony.

- Gdzie ja jestem? - zapytało w odpowiedzi, podczas gdy Aśka nadal trwała w niemej pozie.
- W radio.
- Bóg wysłuchał moich próśb! - wrzasnęło ciało przewracając oczami i wznosząc jednocześnie dłonie ku górze. Sytuacja była tak kuriozalna, że razem z Aśką zaryczeliśmy ze śmiechu. „Ciało” zmarszczyło czoło.
- Boga w sercu nie macie?! - zapytało z jazgotem – Napiszę skargę do „Ojca Dyrektora”!

Zrozumiałem w jednej chwili. Aśka zdębiała.

- Pani się myli... - zacząłem - „Ojciec Dyrektor” to nie ta bajka.
- Jaka bajka?! - wrzasnęło „ciało” - Ludzie! „Ojciec Dyrektor” walczy ze złem jak nikt inny, a wy mi mówicie, że to złuda! Szatan was opętał! Tfu, tfu... - splunęło dwukrotnie przez lewe ramię, po czym podrapało się w głowę.
- Włosy mnie bolą! – stwierdziło tonem skargi.

Istotnie. „Ciało” miało wyraźne „ubytki” w tlenionym „upierzeniu”.

- Może się pani czegoś napije? - zapytałem.
- Zapaliłabym sobie.
- A palenie to już nie jest dzieło szatana?! - wycedziła złośliwie Aśka.
- A co to ja jestem niby? Lelum – polelum jakieś? - „ciało” podniosło się z podłogi – Inni to tylko „srutki – prutki” odstawiają i gżą się po krzakach zamiast sławić Pana! Niby dlaczego mam sobie nie zapalić?!
- Bo to grzech! - Aśka była złośliwie kategoryczna – Tak samo jak rozjeżdżanie biednych, bezbronnych kobiet na ulicy. Modlisz się pod figurą, a diabła masz za skórą! Będziesz się smażyć w piekle, ty stara wiedźmo!

„Ciało” po raz kolejny wzniosło dłonie ku górze.

- Boże! Widzisz, a nie grzmisz! Spraw, żeby to dziecko się opamiętało i nie grzeszyło więcej!
- Ta gumka od berecika musiała ciebie za mocno uwierać w główkę! - sapnęła Aśka pukając się palcem w czoło – Od braku świeżego powietrza masz pewnie nieodwracalne zmiany w mózgu!

W tym momencie „ciało” wyraźnie zdrętwiało.

- Wszyscy świeci! - ryknęło łapiąc się za głowę – Mój samochód!

***

Na akcję „ratowniczą” wyruszyły Aśka i „ciało”, które - jak się później okazało – było po prostu panią Helenką. Samochód znalazł się na pobliskim parkingu po kilku godzinach poszukiwań. Został tam odholowany przez Straż Miejską.

Ku zaskoczeniu wszystkich, kilka dni później Aśka pojawiła się w pracy w nowym nakryciu głowy, oświadczając jednocześnie, że „pani Helenka to jest lek na całe zło”. Zdumienie Grzesia i moje było kolosalne.

- Co macie takie głupie miny? Pani Helenka obiecała, że 27-ego pomodli się do św. Moniki, patronki matek w intencji adopcji Kubusia. To na pewno pomoże wszystko przyśpieszyć!

Nagle przesadna pobożność przestała być ważna. Incydent z „ciałem” też przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Pani Helenka stała się ważną, „metafizyczną” częścią układanki. Nagle zdaliśmy sobie sprawę z faktu, że choć jest pełna karykaturalnych sprzeczności, może mieć swoje niebiańskie układy. Pomyśleć, że ciało samo wstało... I zostało. Przez przypadek i dla przykładu. Niechcący.